niedziela, 14 grudnia 2008

Motozakręceni – czyli dlaczego szef firmy logistycznej jeździ wozem strażackim



600 koni pod maską, napęd na tył, 24 zawory. Jak wszyscy wiemy w firmie logistyczno-spedycyjnej cztery kółka to codzienność. Jednak rozglądając się po parkingu firmy No Limit odnosi się wrażenie że akurat tutaj te cztery kółka bywają bardzo niecodzienne. Obok olbrzymich ciężarówek z czarno-żółtym logo No Limit nie znajdziecie rzędu firmowych białych focusów ani granatowych opli astra. To co tam zaparkowano to niezła galeria osobliwości, i to osobliwości z duszą. Przykłady? Proszę bardzo:


Pierwsze miejsce od ściany: czarna Corvetta ……… Obok mały, trochę żabowaty ale za to zółciutko uroczy Buggy. Niewiele dalej na parkingu stoi pomalowany na wściekle żółty kolor Chevrolet. Można powiedzieć że ta bryka nie raz spadała z nieba. Ma jeszcze nawet haki do których doczepiano spadochron przez zrzutem samochodu……….. . Najbliżej wejścia natomiast stoi aktualny pojazd Marcina Blautha, prezesa No Limit, czyli wóz strażacki …… Ma wszystko jak trzeba, sikawki i toporki oraz zbiornik na wodę na miejscu. Jest jeszcze jedno cacko powożone często przez Marcina Blautha, o którym nie wolno zapomnieć. Nie parkuje co prawda przed pracą, ponieważ nie za bardzo nadaje się do jeżdzenia po mieście… To GMC Typhoon. Potwór na kółkach o mocy 1000 koni i wyniku 2.8 do setki. Na pytanie „Skoro nie jeździ po ulicach to gdzie?” odpowiedź jest prosta. Po torach, przeważnie o długości 1/4 mili. Marcin Blauth na Typhoonie GMC jest aktualnym mistrzem wyscigów na 1/4 mili w klasie …..  










GMC from PFM-Studio on Vimeo.

Pasja szefostwa udziela się też czasem pracownikom. Stając przed decyzją o kupnie samochodu za takie same pieniądze można kupić nowego opla astra albo coś z duszą i historią. I tak właśnie zrobił Mirek Jeżyński, który pozbył się grzecznej niemieckiej fury i kupił z drugiej ręki Forda Mustanga GT. Ten samochód……………

W lecie konfiguracja na parkingu trochę się zmienia i sytuacja robi się luźniejsza. Kiedy jest ciepło miejsce samochodów zajmują motocykle. Obaj prezesi, a także wielu pracowników i to nie tylko plci męskiej przybywa do pracy w kasku i rękawicach. I co roku widać tych motorów pod No Limit coraz więcej.



sobota, 13 grudnia 2008

ściana i ja, czyli cały czas pod górę

Moja fascynacja ścianą trwa. Już od 5 miesięcy. Nigdy nie przypuszczałam, że uwagę człowieka może pochłonąć w takim stopniu coś tak pionowego i tak prostego (chociaż bardzo skomplikowanego) jak ściana i poruszanie się po niej. 

Za czasów podstawówki urzędowałam na drzewach godzinami, po ich zsumowaniu wyszłoby pewnie nawet parę dni, bo jakoś to chodzenie po drzewach wyjątkowo mi pasowało. Ale ściana?  
A wszystko przez National Geographic, a właściwie przez Travelera. W ręce wpadło mi pewnego dnia to pisemko o podróżach, a na okładce proste polecenie: Weź udział w konkursie Traveler Adventure Team! No dobra, każą brać udział, to wzięłam. Oto siła mediów. Wydrukowałam formularz zgłoszenia, wypełniłam go i następnego dnia wysłałam pocztą do Travelera.  W domu śmiechom i żartom nie było końca. „Ewa w konkursie Adventure Team, ha ha, he he”, itd. Gdzie ta wiara w najbliższych, się pytam? Przez jakiś czas była cisza, więc zapomniałam trochę o konkursie.Nagle, po 2 tygodniach telefon z Travelera: Witamy w konkursie. Zakwalifikowała się pani do dziesiątki półfinalistów, proszę się przygotować wspinaczkowo. Ogarnęła mnie radość. A właściwie nie – ogarnął mnie strach połączony z ekscytacją. Z pewną taką nieśmiałością zawitałam do sklepu po buty wspinaczkowe, gdzie doradzono mi fantastyczne kapciuszki o numer za małe i mam cicho siedzieć, bo właśnie takie mają być – za małe. Potem pobiegłam na ściankę wspinaczkową, żeby chociaż zorientować się w temacie poruszania się w pionie. Instruktor wytłumaczył w pół godzinki o co chodzi, a wejście po kolorowych chwytach bardzo mi się podobało.  Ogarnęła mnie lekka euforia i już widziałam w myślach jak szaleję w terenie pokonując kolejne zadania i staję na podium konkursu.Na wyjeździe okazało się, że czeka mnie między innymi wspinaczka na Dupę Słonia (Wow! To brzmiało nie dość, że ekstremalnie to jeszcze egzotycznie!). Stając pod pionową skałką zmieniłam od razu pogląd z warszawskiej ścianki, że wspinaczka to bułka z masłem. Dupa Słonia nie przypominała bułki z masłem i nie było kolorowych chwytów. Buu! Ale co miałam robić, wspięłam się i sapiąc z wysiłku oraz emocji pacnęłam wreszcie w zawieszony na szczycie karabinek. Co z tego, że 4x wolniej niż najlepsi. I did it!!!No i mnie wzięło. Tam właśnie, stojąc na trawce w środku Doliny Będkowskiej stałam się krejzolem wspinaczkowym i czułam, że nie ma już odwrotu.  
Po powrocie do Warszawy wydarzenia potoczyły się szybko – kurs na sztucznej ściance, znalezienie dobrego instruktora i jak to mówią w śmiesznym światku wspinaczkowym, „łojenie na panelu” kilka razy w tygodniu.Do tego oczywiście książki o wspinaczce, filmy wspinaczkowe, akcesoria wspinaczkowe, drążek we framudze, pierwsze małe sukcesy jak wdrapanie się „z dołem” na big wall na Obozowej, jeszcze mniejsze buty wspinaczkowe, itd.Co z tego wyniknie zobaczymy, obecnie wypatruję wiosny i słoneczka, bo wtedy będę mogła wreszcie zmierzyć się z prawdziwą skałą. Już nie mogę się doczekać. Czuje że jestem wspinaczką ;-) Ewa