sobota, 13 grudnia 2008

ściana i ja, czyli cały czas pod górę

Moja fascynacja ścianą trwa. Już od 5 miesięcy. Nigdy nie przypuszczałam, że uwagę człowieka może pochłonąć w takim stopniu coś tak pionowego i tak prostego (chociaż bardzo skomplikowanego) jak ściana i poruszanie się po niej. 

Za czasów podstawówki urzędowałam na drzewach godzinami, po ich zsumowaniu wyszłoby pewnie nawet parę dni, bo jakoś to chodzenie po drzewach wyjątkowo mi pasowało. Ale ściana?  
A wszystko przez National Geographic, a właściwie przez Travelera. W ręce wpadło mi pewnego dnia to pisemko o podróżach, a na okładce proste polecenie: Weź udział w konkursie Traveler Adventure Team! No dobra, każą brać udział, to wzięłam. Oto siła mediów. Wydrukowałam formularz zgłoszenia, wypełniłam go i następnego dnia wysłałam pocztą do Travelera.  W domu śmiechom i żartom nie było końca. „Ewa w konkursie Adventure Team, ha ha, he he”, itd. Gdzie ta wiara w najbliższych, się pytam? Przez jakiś czas była cisza, więc zapomniałam trochę o konkursie.Nagle, po 2 tygodniach telefon z Travelera: Witamy w konkursie. Zakwalifikowała się pani do dziesiątki półfinalistów, proszę się przygotować wspinaczkowo. Ogarnęła mnie radość. A właściwie nie – ogarnął mnie strach połączony z ekscytacją. Z pewną taką nieśmiałością zawitałam do sklepu po buty wspinaczkowe, gdzie doradzono mi fantastyczne kapciuszki o numer za małe i mam cicho siedzieć, bo właśnie takie mają być – za małe. Potem pobiegłam na ściankę wspinaczkową, żeby chociaż zorientować się w temacie poruszania się w pionie. Instruktor wytłumaczył w pół godzinki o co chodzi, a wejście po kolorowych chwytach bardzo mi się podobało.  Ogarnęła mnie lekka euforia i już widziałam w myślach jak szaleję w terenie pokonując kolejne zadania i staję na podium konkursu.Na wyjeździe okazało się, że czeka mnie między innymi wspinaczka na Dupę Słonia (Wow! To brzmiało nie dość, że ekstremalnie to jeszcze egzotycznie!). Stając pod pionową skałką zmieniłam od razu pogląd z warszawskiej ścianki, że wspinaczka to bułka z masłem. Dupa Słonia nie przypominała bułki z masłem i nie było kolorowych chwytów. Buu! Ale co miałam robić, wspięłam się i sapiąc z wysiłku oraz emocji pacnęłam wreszcie w zawieszony na szczycie karabinek. Co z tego, że 4x wolniej niż najlepsi. I did it!!!No i mnie wzięło. Tam właśnie, stojąc na trawce w środku Doliny Będkowskiej stałam się krejzolem wspinaczkowym i czułam, że nie ma już odwrotu.  
Po powrocie do Warszawy wydarzenia potoczyły się szybko – kurs na sztucznej ściance, znalezienie dobrego instruktora i jak to mówią w śmiesznym światku wspinaczkowym, „łojenie na panelu” kilka razy w tygodniu.Do tego oczywiście książki o wspinaczce, filmy wspinaczkowe, akcesoria wspinaczkowe, drążek we framudze, pierwsze małe sukcesy jak wdrapanie się „z dołem” na big wall na Obozowej, jeszcze mniejsze buty wspinaczkowe, itd.Co z tego wyniknie zobaczymy, obecnie wypatruję wiosny i słoneczka, bo wtedy będę mogła wreszcie zmierzyć się z prawdziwą skałą. Już nie mogę się doczekać. Czuje że jestem wspinaczką ;-) Ewa

0 komentarze:

Prześlij komentarz